Moje codzienne zycia kawalki...
środa, 30 stycznia 2008
Kolejna smierc

Dzisiaj dowiedzialam sie, ze zmarl moj dobry znajomy Tony. Wprawdzie ostatnio nie widzialam Go (nawet nie wiedzialam, ze ma raka, a ponoc zdiagnozowali chorobe latem ub.roku), co nie zmienia faktu, ze wiesc ta byla calkowicie nieoczekiwana. Wciaz mlody jeszcze czlowiek...

Zawsze chetny do pomocy; nie zapomne, jak probowalam kupic samochod piec lat temu nie majac zbytnio kasy - Tony wzial samochod, ktory byl na sprzedaz, od kolegi i przyjechal z nim do mnie, bym sie z malym dzieckiem nie musiala fatygowac. :) Zawsze zyczliwy, z duza wiedza. Ot, dobrota. [*]

poniedziałek, 28 stycznia 2008
Nagle przed polnoca

Dzisiejszego wieczoru nic tego nie zapowiadalo. I wlasnie z godzine temu dowiedzialam sie, ze umarl dzisiaj Marek.

Podczas pogrzebu ze trzy tygodnie temu Go widzialam. Spojrzal wowczas na mnie po raz ostatni. Kto by pomyslal?

I nagle taka refleksja, ze nie powinnismy sadzic, a modlic sie. Niby nic nowego, a wciaz to odkrywam.

Chyba czas pomyslec o J.; juz od dluzszego czasu ta mysl powraca, ale teraz - przed Wielkanoca - to ostatni dzwonek.

Marku, niech Cie Jezus przyjmie do siebie. Wieczny odpoczynek...

niedziela, 27 stycznia 2008
I say: łubudubu ;)

Zerwalam MMZ z rana, bo dzis musielismy byc na porannej mszy. Udalo sie. :) Pozniej rozmowa z Monika. Oddalam Jej kit i pieniadze; chciala jeszcze rozmawiac z MMZ, ale stwierdzilam, ze jednak lepiej nie. Chciala wiedziec, czy wracamy do Polski (bo ponoc R. sie martwi bardzo i chociazby dla jego spokojnosci powinnam podjac decyzje). Sorry, ale takiej decyzji nie podejme pod naciskiem. Przyjedzie MM niedlugo, jeszcze porozmawiam, choc szczerze napisawszy w chwili obecnej wyglada to bardzo na jednak "nie".

W drodze powrotnej wstapilismy do ME. Calkiem nagle postanowilam wskrzesic moje stare hobby (porzucone prawie 11-scie lat temu); otoz mialam kiedys wspaniala kolekcje najrozniejszych kaktusow: kazdy byl inny, wiele bylo kwitnacych. Wszystkie malenkie. :)

Po przekasce, i dobrej zabawie z MMZ udalismy sie w dalsza droge jednak bez "cactusituss" jak to wesolo wymyslil MMZ; po prostu juz ich tam sie nie znajdzie. Szkoda. :/

W domu krotka chwila odpoczynku, a potem pedem na pra-wybory. Uzywalam glosu wiecej, niz zamierzalam, ale jednoczesnie byly pewne sprawy do zalatwienia. Troche nazwisk padlo, wiec mam nadzieje, ze za dwa tygodnie bedzie juz latwiej. :)

Teraz MMZ juz nakarmiony i wykapany, mieszkanie pachnie rozami, a ja powinnam brac sie za pisanie planow lekcji ale jeszcze czekam na polnoc. Po polnocy zawsze lepiej mi sie mysli. :P

O ile...

MMZ poszedl sobie dzis do Wesolego Slonia i dobrze, bo zmeczona bylam po ciezkiej nocy; mnie przy kazdym przelknieciu bolalo gardlo, zas Maly wstawal chyba z raz do ubikacji, a potem krecil sie i gadal przez sen... W kazdym razie odebrawszy Go po 12-stej pojechalam najpierw do miasta (fryzjer glownie, bo reszty nie udalo sie zalatwic), a potem do T. W planach mielismy PH i zakupy, ale PH sie wscieklo, wiec zbojkotowalismy, a zakupy chociaz wesole, tez nie przyniosly oczekiwanych rezultatow. W koncu wyladowalismy tam, gdzie bylismy tydzien wczesniej z MSH. Bylo bardzo przyjemnie (i nie tak zimno), ale tez do czasu: w pewnym momencie dziewczynka siedzaca obok dostala spazmow, bo jej rodzice nie pozwolili na loda twierdzac, ze jest chora. Faktycznie, placz wyzwolil kaszel wrecz kokluszowy. I tak kaslala nam nad talerzami przez kolejne pol godziny... :/

W drodze powrotniej zachcialo sie MMZ Enchanted. Pojechalismy, ale bylo po ptokach; tylko Kompas grali - na szczescie moj MMZ jest nie tylko przystojny, ale i madry jak na swoj wiek. ;)

Po powrocie przysnelam, a MMZ pocieszyl sie Jozefem (po raz kolejny, bo juz wczoraj byl)... Musze przyznac, ze MMZ stara sie mna opiekowac...; nie wiem, moze ma dzien dobroci dla...mamy? :)

Pozniej dzwonil Richie; zaoferowal sie na kazda pore dnia i nocy. Szkoda, ze nie jest tak do konca wolny, bo nawet by mi pasowal. ;) Ale slowa dotrzymam. :)

Wieczor spedzilam zmieniajac szyne w pokoju MMZ, a potem przestawiajac meble, pudla i pudeleczka. Efekt taki, ze pieprznik jest w calym domu. Ale czterech kolejnych pudel sie pozbylam.

OK, dopije moja dawke alkoholu i pewnie bede uciekala do snu. Rozsadek podpowiada mi, by jeszcze popisac prace na studia, i by moze przygotowac obie lekcje na zas... Jutro wszak rano do T., a potem wybory... Ech, oczywiscie o ile dozyje...

Gardlo.

ps.

- Co gardlo? Jak to "gardlo"? - Weszlam przeczytac komentarz Derki i widze, ze tutaj sobie gardlo stoi. Pojecia nie mam, co ja chcialam. Dobranoc.

środa, 23 stycznia 2008
Udalo sie! ale...

Dzisiejszy dzien minal w miare spokojnie (az sie sama dziwie!).

Rano, pozegnawszy sie z MSH odwiozlam MMZ do szkoly, a sama popedzilam do C. na zajecia. Dotarlam 5 minut po czasie, przez co okazalo sie pozniej, ze udalo mi sie odciagnac o tydzien microteach. :) Good! Dzisiaj bym to odwalila, a za tydzien moze bede sie czula bardziej w humorze? ;)

Pozniej skoczylam na lunch do restauracji w C. Stamtad juz pedem do domu, bo mial przyjsc Mundurowy. I przyszedl! Zjadl ciasto, wypil herbatke, pogadalismy godzinke. Bardzo mily (- bez skojarzen Britko prosze, bo zajety). :) Ustalilismy plan akcji.

Odebralam pranie. Przygotowalam lekcje p. Az sie zdziwilam, bo przyszly cztery nowe osoby. :) Bylo fajnie, mimo, ze bardzo goraco. :)

Wrocilam do domu pozno, ale P. i MMZ jeszcze grali. P. sie pewnie na mnie pogniewa, bo nawet Mu herbaty nie zrobilam, ale chcialam juz polozyc MMZ, by troche odsapnac. Teraz czuje sie juz odsapnieta, wiec pojde spac. :)

Jutro czeka mnie ciezki dzien; ma byc konsultant. Nie jest mi po mysli. :/

MMZ od wczoraj wieczorem cztery razy leciala krew z nosa (a juz tak dlugo dobrze bylo). Mam nadzieje, ze to nie jest nawrot mononukleozy...

MSH dotarla bezpiecznie do domu (i to nie sama!). :) Kochana mam Siostrzyczke! Szkoda, ze tak daleko!

Nocny slowik okazal sie byc podobny do robina, ale z dluzszym ogonem. Ciekawe co to za licho?

Dzisiaj kolejna rocznica smierci Dziadka. :(

Wczoraj zas... ech.

wtorek, 22 stycznia 2008
Zmeczone dobranoc

W sobote przyszla garsc listow z data sortowania w sortowni w Bristol 22.12.07. Czyli wlasnie tego dnia powinny byly byc juz w B., albo w drodze do B. Dotarly dopiero 19.01.08. Wymietoszone, czesciowo z zaciekami od wody. Ale doszly. Byla miedzy innymi kartka od Jay'a i zdjecie Jego nowego Synka. Dotarla rowniez nowa karta kredytowa (juz zreszta przeze mnie skasowana z powodu niedotarcia, a ktorej to po skasowaniu replacement dotarl kilka dni wczesniej) ;)

Dzisiaj kolejne listy - z tej samej serii: znow miedzy innymi zagubiona kartka - tym razem od EXa (a w niej oprocz zyczen zmiazdzony na pyl oplatek - dziekuje). Przyszedl rowniez prezent swiateczny dla MMZ - ponoc wyslany ponad miesiac wczesniej... Hmm. Ciekawe, jaka niespodzianke otrzymam jutro?

Jutro czeka mnie bardzo nieprzyjemny dzien: z rana ciezka praca, w miedzyczasie wyjedzie mi MSH (i to nie sama!), a do tego wieczorem mam kolejny maraton, i jeszcze sie do niego przygotowac musze...

Zatem mowie juz dobranoc. :)

 
1 , 2 , 3
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>