Moje codzienne zycia kawalki...
czwartek, 02 czerwca 2016
Ojej!

Ojej! Jak ja już dawno tu nie zaglądałam (że o pisaniu nie wspomnę!). Dzisiaj też zresztą nie miałam takiego zamaru, ale zachciało mi się zajrzeć na foto-bloga o Warszawie, i nie mogłam sobie przypomnieć jego nazwy/adresu. I wtedy przypomniał mi się mój blog (bo link tu powinien być!)... Poprawię się? (Jeśli tak, to pewnie tylko na wadze...)

Buziaki!

niedziela, 27 grudnia 2015
Święta

Święta właśnie minęły. Cichutko, szybciutko - inaczej, niż zwykle. Jutro (a właściwie to już dzisiaj) kolejna niedziela... Dobrze, że poniedziałek będzie wolny, bo sporo pracy w domu się uzbierało. I aż mi się nie chce myśleć o powrocie do pracy we wtorek, bo pogoda ma być taka raczej mało ciekawa... :/

sobota, 05 grudnia 2015
Kolejny wpis

Miałam zmieniać pracę, ale jednak zdecydowałam się zostać i zobaczyć, jak będzie dalej. Zdecydowałam się w ostatniej chwili, bo już nie tylko ofertę pracy miałam, ale i konkretną propozycję w sprawie daty, etc.

Tymczasem jednak byłam na badaniach pod kątem raka piersi (dokładnie trzy lata temu znalazłam guza, i po początkowym wielkim niepokoju lekarzy, którzy podejrzewali najgorsze, po biopsji i wszelkich badaniach, omówieniu mojego przypadku przez specjalistów, okazało się, że jednak fałszywy alarm.

I prawie co do dnia po trzech latach, znów znalazłam się w szpitalu z podejrzeniem kolejnego problemu w tej samej piersi. Ale, na szczęście w miarę szybko stwierdzono, że to pewnie tylko cysta.Mimo wszystko skierowano mnie jednak na badania dodatkowe, przy okazji pytając, czy ktoś omawiał ze mną operację usunięcia pierwszego guza - co wywołało moje wielkie zdziwienie, bo nikt tego wcześniej nie wspominał...

Trochę ponad tydzień później znalazłam się w szpitalu na badanianich po raz kolejny. Po badaniu pierwszym przyszło długie oczekiwanie na USG, "umilane" przez nawiedzoną "uzdrowicielkę", która ode mnie była o trzy lata młodsza i oczekiwała na swoje pierwsze badania... Wreszcie zawołano mnie na badanie. Okazało się, że osobą przeprowadzającą badanie będzie... Czeszka. Pani była dość rozmowna, stwierdziła, że w Pradze pracuje w poniedziałki i piątki, a na środek tygodnia przylatuje na konsultacje do nas (i tak od siedmiu miesięcy). Początkowo zapowiedziała USG obu piersi, następnie przeraził ją mój stary guz i kilkakrotnie dopytywała się, czy był diagnozowany przez biopsję, i czy ktoś ze mna rozmawiał o operacji. Po czym stwierdziła, że nowy problem to faktycznie cysta. I od razu zapowiedziała, że będzie ściągać płyn tu i teraz. Jak zapowiedziała, tak spróbowała zrobić: wbiła mi igłę pod kontrolą USG, i długo próbowała coś wyciągnąć. Momentami było OK, w innych chwilach bolało dość mocno. Obserwowałam ekran i widziałam, że nic się nie dzieje (tj. cysta jak była tak dalej jest), choć owa pani twierdziła, że idzie dobrze. Po czym oddaliła głowicę skanera od mojej piersi, i szybko wyciągnęła igłę twierdząc, że już po wszystkim. Udało mi się zerknąć na strzykawkę i przysięgłabym, że była... pusta. Za to z miejsca ukłucia wystrzelił mi na pierś strumień krwi... Miałam zapytać, czy faktycznie płyn został ściąnięty, ale przyszło mi na myśł, że jeszcze zechce próbować ponownie - a miałam już dość. Zapytałam zatem, czy teraz zrobi badanie USG drugiej piersi. Stwierdziła, że nie (nie zdziwiło mnie to, bo badanie trwało już dość długo) - nie miałam się chęci wykłócać, bo ja z tych mało-kłótliwych...

I teraz czekam na opis, a przy okazji zastanawiam się, czy dawać tego pierwszego guza pod nóż, czy nie...

niedziela, 29 listopada 2015
I ciąg dalszy nie nastąpił...

I ciąg dalszy nie nastąpił - przynajmniej nie w formie wpisu na blogu.

Początkowo miałam w planach opisanie procesu zdrowienia po dyslokacji łokcia, ale życie - jak zwykle - miało inne plany. Teraz, po prawie pół roku od wypadku, po prostu już mi się nie chce wracać do tego wszystkiego. Łokieć, cudem jakimś, jest ponownie sprawny. No, może nie w 100%, bo całkiem wyprostować ręki się nie da, a i praktycznie cały czas są w niej jakieś bóle czy inne napięcia. Ale samochód prowadzić mogę (a bez tego było jak bez przysłowiowej ręki), na codzień wszystkie czynności też wykonuję jak dawniej, i tylko staram się nie podnosić nią więcej niż 5-7kg.

Czas ucieka, świat się zmienia, a człowiek starzeje. Daj pracuję, gdzie pracowałam, choć ostatnio zmieniło mi się trochę w pracy - np. wprowadzili grafiki, i tak w tym tygodniu będę dyżurować wieczorami, co mało mi pasuje. Miałam wprawdzie ofertę pracy gdzie indziej, ale jeszcze nie zaakceptowałam, bo czekam na wyniki ze szpitala... O tym może innym razem.

MMZ wielki już bardzo, w swoim zespole gra, w szkole Mu dobrze idzie i ogólnie nie mam z Nim żadnych problemów. :) Dziękować Bogu.

Po dziesięciu latach ascezy zakochałam się na nowo, ale nieszczęśliwie chyba tym razem, bo choć utrzymujemy kontakt, to jednak za bardzo się różnimy i nic z tego raczej nie będzie. Może tak i lepiej.

I tak życie się toczy. Niewiele więcej mam do zapisania w tej chwili, tak więc i skończę w tym miejscu. Czytelników pozdrawiam serdecznie. :*

piątek, 26 czerwca 2015
LCL

Nie pisałam znów przez prawie dwa miesiące, ale tym razem miałam powód...

Szóstego maja wróciłam z pracy, zrobiłam robotę "papierkową" (taki mały admin pod koniec dnia), i poszłam wysyłać rezultaty mojej całodziennej pracy... Wysyłać, tj. wydałam odpowiednie polecenia programowi na moim przenośnym komputerku, podłączyłam go do sieci telefonicznej u siebie w sypialni, nacisnęłam "wyślij" i zrobiłam krok do tyłu, bo od tego momentu wysyła się samo, a ja chciałam iśc się przebrać z munduru (a właściwie byłam w połowie przebierania się, bo wszedłszy do sypialni zdążyłam zdjąć spodnie nim zaczęłam proces wysyłania... Tak więc zrobiłam krok do tyłu, i w tym samym momencie zorientowałam się, że tracę równowagę i zaraz się przewrócę. Zdążyłam się zdziwić i zrobiłam dziwny manewr ku lewej stronie, bo chciałam oprzeć rękę o sofę celem odzyskania równowagi, po czym zauważyłam, że zaraz runę obok sofy - przeniosłam więc rękę instyktownie bardziej przed siebie, by nie przyłożyć twarzą. Przelotnie nawet pomyślałam, że jeszcze tego nie było, by stara gropa się tak głupio wywaliła, po czym ręka uderzyła w podłogę. Wiedziałam momentalnie, że dobrze to się nie skończy! Uderzenie - uczucie wyrwania/rozerwania/złamania? - przez chwilę/nanosekundy chyba uczucie uwolnienia, po czym ogromny, wstrętny ból. Krzyknęłam do MMZ, że chyba rękę złamałam i w tym samym czasie włączył się alarm w piekarniku (obiad był gotowy). Poprosiłam MMZ, by wyjął jedzenie z piekarnika. Po czym próbowałam zebrać myśłi, próbowałam się podnieść (upadłam bardzo niefortunnie, bo w wąskim przesmyku między sofą, a biurkiem). Ból był nie do zniesienia: każdy, najmniejszy nawet ruch powodował agonię i wrażenie, że zaraz stracę przytomność. Pomyślałam, że pewnie złamałam rękę (nigdy w życiu nic złamanego - oprócz zęba i serca - nie miałam). Poprosiłam MMZ, by znalazł coś długiego i sztywnego do podwiązania ramienia, oraz by naszykował mi spódnicę, bo nie wyobrażałam sobie zakładania spodni w tym stanie. MMZ w panice (niby jej nie pokazywał, ale przejął się bardzo) przyniósł mi cienką metalową listwę (taką z ostrymi haczykowatymi zębami - do łączenia dywanów między pokojami), i do tego taśmę taką jak do paczek, tylko białą - obie rzeczy beznadziejne, ale w desperacji próbowałam tym się obsłużyć... Z wielką trudnością wstałam, założyliśmy mi spódnicę, i udało mi się dotrzeć do dużego pokoju. Tutaj ostatkiem sił przycupnęłam na brzegu sofy i już ruszyć się nie mogłam, bo ból przy najmniejszym poruszeniu był straszliwy. Było mi słabo, chciałam się oprzeć bądź częściowo położyć, ale tymczasem trwałam na krawędzi siedzenia i walczyłam sama ze sobą, by nie stracić z bólu przytomności.

Poprosiłam MMZ, by zadzwonił po karetkę. Telefon stacjonarny mamy nieprzenośny, taki z tradycyjnym kablem... a operator z koordynacji życzył sobie, bym podeszła do telefonu. Odmówiłam, bo po prostu nie czułam się na siłach. MMZ odpowiedział na zadawane pytania, ja starałam się koncentrować na oddechu, bo nie myśleć o bólu. Syn odłożył słuchawkę, i oznajmił mi, że wysyłają "non-emergency ambulance", a na kolejne moje pytanie - że nie wie jak długo trzeba będzie czekać. Wytrzymałam 20-ścia minut, po czym zażądałam, by dzwonił ponownie. Okazało się, że karetka "non-emergency" nie została nawet jeszcze wysłana..

* * *


C.d.n

poniedziałek, 04 maja 2015
FEB w St. Albans

Nie pisałam już dawno, bo - jak zwykle - czasu ciągle brak.

* * *

Chciałabym jednak zapisać wrażenia z wczorajszego wyjazdu... ale zacznę może od początku.

Otóż chyba w 2009r. pojechaliśmy na kameralny koncert Shaky'ego z okazji 30-stolecia jego sukcesów na scenie muzycznej. Koncert był świetny, ale tak jak dotąd na koncertach Shakin' Stevens'a zwracałam głownie uwagę tylko i wyłącznie na wokalistę (moją wielką miłość z wczesnych lat 80-tych) tak tym razem z uwagi na bliskość sceny i niewielką (jak na takie koncerty) liczbę fanów (wpuszczono bodajże tylko 500 osób) mogłam podziwiać również i kunszt muzyków. I to wtedy właśnie najbardziej ze wszystkich wyróżnił się moim zdaniem perkusista - Howard. Gdy koncert się skończył, a wykonawcy schodzili ze sceny, Howard rzucił swoje pałeczki na pamiątkę w stronę widowni.. Tak się szczęśliwie złożyło, że jedna z nich upadła tuż koło nas, a MMZ zachęcony przeze mnie, złapał ją i w ten sposób mieliśmy jeszcze jedną pamiątkę z koncertu.

Tutaj może powinna wspomnieć, że od czasów moich nastoletnich lat, zawsze chciałam grać na perkusji, jednak nigdy nie było takiej okazji: ani sprzetu, ani nauczycieli, a w dodatku w tamtych latach jakoś nie spotykało się dziewczyn grających na tym instrumencie... Toteż nie muszę chyba nikogo przekonywać, że bardzo ucieszyłam się, gdy MMZ zainspirowany ową pałeczką zaczął interesować się bębnami... ;)

Na późniejszysz koncertach Shaky'ego często podziwialiśmy technikę i kunszt Howard'a. I wreszcie 1-go marca tego roku udało nam się z Nim umówić i spotkać. Przemiły facet, bardzo zdolny muzyk, i do tego o dobrym poczuciu humoru. :) Minęło trochę czasu, i wczoraj znów udało nam się trafić na Jego występ, choć tym razem nie ze Stevens'em. Niecałe dwie i pół godziny jazdy samochodem, i byliśmy na miejscu. Tłok niesamowity - jak widać fanów wielu, muzycy przygotowywali swoje instrumenty, a jednak Howard znalazł czas na to, by z nami przez chwilę porozmawiać. Rozmawiał z nami też podczas przerwy (MMZ miał okazję usiąść przy perkusji Howard'a i porozmawiać na tematy muzyczno-techniczne). Występ był dwugodzinny (z przerwą) i mimo wielkiego ścisku bawiliśmy się świetnie. Tj. ścisk był tylko na początku, bo potem zmieniliśmy taktykę i miejsce, z którego oglądaliśmy występ, i w rezultacie mielismy bardzo dobry widok na zespół, i na samego perkusistę. MMZ podpatrzył trochę trick'ów, które Mu pomogą w jego własnych występach w szkole (gra w Big Band), a ja miałam okazję trochę odpocząć od pracy i posłuchać bardzo dobrej muzyki. Na koniec MMZ dostał kolejną parę pałeczek od Mistrza i wyruszyliśmy w drogę powrotną.

Do domu dotarliśmy o północy, ale naprawdę warto było. Kolejny wyjazd już w lipcu! :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 226
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>