Moje codzienne zycia kawalki...
Blog > Komentarze do wpisu
Morze mgły

Odsłoniłam okno i pierwsze co zobaczyłam, to była gęsta mgła. Dopiero po chwili udało mi się z niej wyłowić kształty domów stojących przy pobliskiej ulicy. Westchnęłam: przez cały tydzień tak czekałam na niedzielny wyjazd do W., ale przy takiej mgle i być może czarnym lodzie nie było co ryzykować. Miałam wszak wciaż w pamięci wyjazd z ubiegłego tygodnia, kiedy to u nas świeciło piękne słońce, a okolice W. spowite były w wodnych oparach...

Kiedy jechaliśmy na Mszę do lokalnej parafii słoneczko zaczynało przedzierać się przez mgłę. Na miejscu miło było zobaczyć R. z Dziećmi i Siostrą; tym bardziej, że widać po Jej minie było, że się na nasz widok szczerze ucieszyła. :) Po Mszy zaś pogoda była już bardzo słoneczna, i urokliwa jak się tylko w naszych okolicach zdarza: mgła leżała w dolinach oraz wisiała jeszcze tu i ówdzie, ale na naszych wzgórzach było pięknie i radośnie. Po dniach pełnych śniegu i lodu na drogach miło było jeździć bez ograniczeń. :)

P. przyjechał spóźniony. Twierdził, że po drodze przebijać się musiał przez taką mgłę, że nie dało się jechać szybciej niż 25mph. Toteż zamiast zaplanowanej przeze mnie początkowo trasy pojechaliśmy przez S. w kierunku W., a potem do B. Chciałam, by w B. pójść gdzieś na obiad, a potem zwiedzić odkryty przeze mnie niedawno kościół.

Jadąc szczytami wzgórz widzieliśmy momentami jak mgła płożyła się wśród niżej położonych terenów: wyglądało to tak, jakby był poniżej jakiś gigantyczny pożar. Zjeżdżając w doliny wpadaliśmy w wilgotny całun, przez który momentami przeświecał jesienno-zimowy krajobraz, to znów światło słoneczne grało w kropelkach wody tworząc mini-tęcze czy też efekt pryzmatu.

W B. bylo mglisto, mokro i nie udało nam się znaleźć nie tylko miejsca na obiad, ale nawet na zaparkowanie samochodu. Pojechaliśmy zatem dalej i kiedy MMZ jęczał już prawie non-stop (a to że głodny, to znów, że się nudzi bądź, że Mu niedobrze) znalazłam pub z miejscem do parkowania. Długo przyszło nam czekać na obsługę, a jeszcze dłużej na obiad, ale definitywnie warto było! Wszystko było podane tak jak trzeba, wszystko pyszne, wybór duży. Uśmialiśmy się przy tym, bo każde z nas zamówiło co innego na danie główne, a całkiem co innego (niż inni) na deser (przy czym były tylko trzy opcje do wyboru przy każdym zamówieniu!). Tym większe było nasze zadowolenie, bo każdemu smakowało co mu podano i już zaczęliśmy planować powrót do tego miejsca w przyszłości. :)

Powrót do domu był trochę nerwowy, bo właśnie słoneczko zaczęło zachodzić, a drogi niżej położone już zamarzały i zaczynało być ciutkę niebezpiecznie. Dojeżdżając znów do B. zauważyliśmy, że miasteczko wygląda tak, jakby się paliło. Znów mgła, ale nie taka gęsta - ot, bardziej zamglenie... Później znów znależliśmy sie na górce: przed nami rozciągał się widok jak okiem sięgnąć na wiele mil i nagle zrozumiałam, że zabrakło mi na horyzoncie znajomych punktów orientacyjnych. To jest owszem, po prawiej widziałam T., przed sobą w oddali wzgórza, ale pomiędzy mną, a nimi leżało morze, którego przedtem tu nie było! Widok był zachwycający i zapierał dech w piersiach. Już widziałam - oczyma wyobraźni - moje piękne zdjęcie, które uwieczniłoby ten cud natury, ale jednocześnie zdawałam sobie sprawę z tego, że nie ma co porywać się z motyką na księżyc: tu trzeba by było profesjonalnego sprzętu... - moja komórka przy takim kiepskim świetle nigdy nie oddałaby tego uroku, kolorów, głębi... Wiedziałam także, że P. ma przed sobą długą drogę powrotną, a zagrożenie śliską nawierzchnią zwiększało się wraz z przemijającym czasem. Wkrótce zresztą górka się skończyła, a my wjechaliśmy w to morze mgły: miejscami bardzo gęstej, czasem może torche rzadszej... ale wciąż tłumiącej nędzne już światło dzienne w tak niesamowity sposób, że miałam wrażenie, iż jestem w jakimś innym świecie. Zaczynało zmierzchać, toteż dojechałam do domu jak najszybciej, a P. ruszył w dalszą podróż.

W domu zaś między innymi wspominaliśmy z MMZ nasz pierwszy lot do Polski, gdy Mały miał z dziewięć miesięcy: ma On bowiem do napisania wypracowanie na temat lotu samolotem, i pomyśleliśmy, że temat chorego MMZ pozostawionego na lotnisku przez MSH może Mu się przydać... ;) Ale to już zupełnie inna historia...

niedziela, 05 grudnia 2010, mjones2233

Polecane wpisy

  • Ojej!

    Ojej! Jak ja już dawno tu nie zaglądałam (że o pisaniu nie wspomnę!). Dzisiaj też zresztą nie miałam takiego zamaru, ale zachciało mi się zajrzeć na foto-bloga

  • Święta

    Święta właśnie minęły. Cichutko, szybciutko - inaczej, niż zwykle. Jutro (a właściwie to już dzisiaj) kolejna niedziela... Dobrze, że poniedziałek będzie wolny,

  • Kolejny wpis

    Miałam zmieniać pracę, ale jednak zdecydowałam się zostać i zobaczyć, jak będzie dalej. Zdecydowałam się w ostatniej chwili, bo już nie tylko ofertę pracy miała

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>