Moje codzienne zycia kawalki...
Blog > Komentarze do wpisu
Znow przelecialo

Znow kilka dni przelecialo tak szybciutko, ze nawet czasu zapisac ich nie mialam... - owszem, wpadalam tutaj przelotnie, ale jak przychodzilo do pisania, to mi reka sama skakala do myszy, by kompa zamknac. Ci, ktorzy mnie znaja, wiedza jak bardzo to do mnie nie podobne. Jestem gadula, lubie pisac, a na Internecie czas mi czesto zlatuje nie wiadomo kiedy (juz i czasem zastanawialam sie, czy zagrozona uzaleznieniem nie jestem).

Ale - jak ponoc mawiam (wg Brytfanki) - bedzie dzisiaj znow hurtem (w dodatku krotko, bo MMZ domaga sie, bym do Niego poszla, a ja wiem, ze jesli tylko poloze glowe do poduszki, to bede spac do rana...; ziewanie meczy mnie hipopotamowe!).

Otoz; w srode zalatwilam c.d. sprawy telefonu (pomyslnie!), dorobic kazalam sobie wizytowek (tutaj mniej pomyslnie, bo zdarl ze mnie skore facet!), pomieszkalam na uczelni - ludziom chyba naprawde wiosna w glowie, bo na ostatnich zajeciach bylo tylko trzech sluchaczy! Wlasciwie to "troje", bo jeden chlopak tez sie miedzy nas - dwie dojrzale studentki zalapal. Fakt, ze profesorka przynudza czasami, ale zeby az tak sobie olac? ;)

Czwartek byl udany, ale i smieszny. Poznym rankiem pojechalam na spotkanie w Ti'on z Paula. Mamy duzo wspolnego, a w dodatku miejsce wybrala moje ulubione (przypomnialy mi sie czasy malego MMZ); mam nadzieje, ze bedziemy wspopracowac - na co zreszta wyglada! W drodze powrotnej zalatwilam wreszcie sprawe radia w samochodzie (nie gralo od czasu wymiany alternatora, bo nie mialam kodu) - teraz gra! Po czym pedem udalam sie na spotkanie z C.M.; i tutaj tez sukces - ponoc zfinansuje mi poczatkowy marketing! :))

Poniewaz dochodzila trzecia, to postanowilam jechac po MMZ. Do konca lekcji bylo dwadziescia minut. Sloneczko przygrzewalo, wiec siadlam sobie na murku i poczytalam literature przeciwpozarowa po polsku. Po czym poszlam do grupy rodzicow, bo zauwazylam Andy'ego - od Bozego Narodzenia chorowal, wiec chcialam dowiedziec sie jak sie teraz czuje. Otwarto brame, wiec rozmowe konczylismy juz przed wyjsciem ze szkoly. Po chwili zauwazylam polska mame - porozmawialam wiec i z nia. W miedzyczasie drzwi otworzono i dzieci zaczely wychodzic. MMZ nie bylo, ale On czesto na koncu, bo Mu sie nigdzie nigdy nie spieszy... Czekanie jednak sie przedluzalo, a MMZ ani sladu. Po chwili dopiero zrozumialam, widzac patrzaca na mnie z wielkim znakiem zapytania na twarzy nauczycielke, ze przeciez to tego dnia ma odbierac MMZ jego opiekunka (- ja mialam byc w E., i tylko z powodu spotkania z C.M. wrocilam wczesniej)... Glupio mi sie zrobilo, przy czym pomyslalam sobie, ze MMZ pewnie polecial do czekajacej na Niego opiekunki (bo mnie sie nie spodziewal), a ja ich przegapilam. Po czym w tym momencie przypomnialo mi sie, ze MMZ ma francuski przeciez i jeszcze jest w szkole! Nauczycielka nadal na mnie patrzyla, wiec nie pozostalo nic innego jak podejsc i sie wytlumaczyc...

piątek, 30 marca 2007, mjones2233

Polecane wpisy

  • Melduję...

    ... że jeszcze żyję. 😊

  • Ojej!

    Ojej! Jak ja już dawno tu nie zaglądałam (że o pisaniu nie wspomnę!). Dzisiaj też zresztą nie miałam takiego zamaru, ale zachciało mi się zajrzeć na foto-bloga

  • Święta

    Święta właśnie minęły. Cichutko, szybciutko - inaczej, niż zwykle. Jutro (a właściwie to już dzisiaj) kolejna niedziela... Dobrze, że poniedziałek będzie wolny,

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>